logotype

Zachęcamy do umieszczania własnych komentarzy i do komentowania zamieszczonych opinii.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze  

# ja & cekaemistaAndré 2017-06-29 08:06
2016-05-13, Thank you for your impressive performance in Dresden! Even though I hardly understand Polish I was completely charmed by the play :-) Wish you all the best!
Odpowiedz
# Spektakl Gupik w 2016 i 2017 rokuDenis Bełov 2017-06-02 09:11
Spektakl Gupik pozostał w mojej pamięci jako miłe wspomnienie. To bardzo ciekawa sztuka, która ukazuje wieczne problemy miłości i zdrady. Fabuła jest prosta i popularna – miłosny trójkąt. Żona z kochankiem, mąż wraca z pracy wcześniej niż zwykle. Ale to wszystko nie jest takie proste; dowiadujemy się bowiem, że mąż zdecydował się pozbyć żony, dogadał się z kolegą, żeby ten zagrał rolę kochanka. Mąż miał nagle przyjść, oskarżyć żonę o niewierność i wyrzucić ją z domu. Kochanek wbrew swojej roli zakochał się w żonie i stanął w obronie jej interesów. Zaoferował Tamarze nowe życie u swego boku, jako wybawienie dla niej. Jednak gdy mąż zdał sobie sprawę, że może stracić żonę, zagrał vabank i błagał żonę w imię zmarłej córki, by z nim pozostała. W tym momencie żona, głupia kobieta, tracił swoją szansę, by zmienić życie na lepsze. Kochanek jest zaskoczony i nie wie, co robić. Ciąg dalszy jest oczywisty – mąż nadal wykorzystuje żonę jako służącą, a żona nadal służy, nie kochając go.
Porównałem występ z 2016 i ten z 2017 roku – są różne. Podobała mi się wersja z 2016 roku, bo gra aktorów była bardziej zrozumiała, bo byłem emocjonalnie zaskoczony. To było jak nowa książka, jak „efekt wow”. Widziałem aktorów w codziennym życiu, a na scenie byli zupełnie inni. To zaskoczenie było może po prostu wynikiem pierwszego wrażenia. Daria, która zagrała główną bohaterkę Tamarę przejmująco i naturalnie, grała mimiką twarzy, gestykulowała rękami (w szczególności dłońmi) i całą swoją postawą. Była wybuchowa, śmiała się głośno i nagle. W scenie, kiedy Tamara i Paweł usiedli w fotelu i nie mogli się zmieścić, Daria ciałem, ustami i oczami pokazywała rybkę (poruszała ustami jak rybka), w wersji z 2017 roku tego nie było. Vitalij bardzo realistycznie grał rolę „biednego gościa”, miał bardzo zaskoczoną minę. W scenie, kiedy chciał zabić Leonida, robił to niezgrabnie, nie uwierzyłem w to. Może była to nietypowa reakcja dla tej postaci i reżyser specjalnie tak zdecydował. Bardzo wyrazisty i brutalny był jako bohater Leonid; Jan Hattowski jako aktor znalazł się w trudnej sytuacji, bo trzeba było pokazywać prawdziwą radziecką rzeczywistość, będąc Polakiem. Bardzo mnie poruszyła scena, gdy Leonid powtarzał: „W imię naszej córeczki”. Mężczyzna, który manipuluje dzieckiem, nie ma w duszy nic świętego. Jan Hattowski bardzo dobrze to zagrał.
Podczas przeglądania „Gupika 2017” zwracałem też uwagę na słowa i akcent; aktorzy nie bali się grać, improwizowali.
Mam takie przekonanie , że emocje są jak szklanka wody, można ją wypić duszkiem, lub pić małymi łykami. To znaczy, że emocje mogą się skończyć, czasem ich zabraknie, grać trzeba. Jak to zrobić? Nie można dobrze płakać i śmiać się kilka razy. Umiera się też jeden raz.
Spektakl pokazuje główny problem z czasów naszych rodziców. Ubóstwo w domach, deficyt wszystkiego i monotonia życia. Miłosny trójkąt i poczucie winy. Pasza jak mężczyzna, zgodnie z wychowaniem, musi ożenić się z Tamarą, żeby ją uratować. Inny problem to międzyklasowa nierówność między wsią a miastem. Tylko słabi chcą się dowartościować, dowodząc swojej wyższości kosztem innych. A Tamara jest uzależniona psychicznie i fizycznie od Leonida, powtarza wciąż: „On mnie ze wsi wyciągnął”. Zgubiła siebie dwa razy. Pierwszy raz jako kobieta, gdy doprowadzono ją do tak rozpaczliwego stanu. Drugi raz, kiedy straciła swoje myśli, swoją indywidualność i pragnienia. Była idealnym niewolnikiem. Uległością wyrażała swoją wdzięczność, ale właśnie za tę uległość Leonid ją nienawidził. Na końcu spektaklu autor tylko pozornie wprowadza sprawiedliwość. Daje możliwość Tamarze, by rozpoczęła nowe życie. Tamara boi się jednak zacząć wszystko od nowa – powinniśmy się tego spodziewać. Leonid manipuluje nią, każe jej wrócić do rodziny. Znów wszystko zaczyna się od początku, a może jest nawet jeszcze gorzej. Trzeba ukarać niewolnicę za bunt i próbę ucieczki.
W sztuce wyśmiane zostały wady człowieka – niezdolność do przemiany swojego życia na lepsze, strach przed zmianami, a w konsekwencji całkowite zniszczenie siebie samego, niezdolność do miłości i niezdolność, by to powiedzieć.
Bardzo spodobały mi się następujące techniki Xeni Torskiej jako reżysera:
1. Ograniczenie miejsce na scenie kwadratem, za pomocą zasłony; tym sposobem uwagi widza koncentrują się w jednym miejscu. Aktorom trudno grać, bo są blisko i uważnie oglądani; widzowie wsłuchują się w każde ich słowo.
2. Zmniejszenie liczby rekwizytów. Cała akcja spektaklu dzieje się w jednym fotelu. Fotel jest i łóżkiem, i szafą do naczyń. Mebli nie ma, a wszystko, co najdroższe, jest schowane pod łóżkiem. Jeden szczegół z tego czasu – ludzie pili z szampanówek tylko w święta, bo wszystko trzeba było zdobyć i to było cenne .
3.Gra światłem, które tworzy dramatyczne momenty i odpowiednio wpływa na widza.
4 Muzyka, która tworzy odpowiedni nastrój i zmusza do myślenia (fragmenty Ederlezi - Gorana Bregovića).
Odpowiedz
# Pomoc specjalistyczna niewskazanaSnizhana Holotrepchuk 2017-03-10 12:59
W zeszłą sobotę nareszcie zobaczyłam w SMOK-u słynnego Gupika – sztukę Vasilija Sigarieva w reżyserii Xeni Torskej. Niektórzy z moich znajomych oglądali ten spektakl już drugi raz, ale ja nie jestem miłośnikiem teatru, dlatego w moim wypadku powodem, by pójść na to przedstawienie, było po pierwsze zafascynowanie moich przyjaciół teatrem Słubice Wschodnie, po drugie – prawdopodobnie ostatnia szansa, by zapoznać się z twórczością moich kolegów z Collegium Polonicum.
Widownia była pełna. Widzowie czekali na cud. Na scenie tymczasem rozgrywał się prawdziwy dramat.
Sama akcja, która toczyła się na małej scenie, nie wyglądała jak dramat klasyczny. Nie nazwałabym jej też tragikomedią – po prostu zwyczajna scenka z życia, szereg niezręcznych sytuacji zaistniałych w ciągu jednego spotkania w przestrzeni jednego niewygodnie wyposażonego pokoiku. Od początku widzimy dwóch głównych bohaterów – bez przerwy głupio gadającą niezgrabną mężatkę w karykaturalnym domowym ubraniu (że niby gotowała obiad i uprawiała sport jednocześnie) oraz jej gościa – mężczyznę, który jak gdyby przyszedł na randkę, ale już nie rozumie – jak to mówią u nas na Wschodzie – kim jest, gdzie jest i gdzie są jego rzeczy. Do tego jeszcze kobieta ciągle ni w pięć, ni w dziewięć przypomina o mężu i jego agresywnym niezadowoleniu z różnych powodów, więc ten mąż staje się jednym z głównych bohaterów, zanim zjawia się na scenie. Nawet jeśliby nie zamierzał się pokazać – niedostrzegalnie stałby za plecami zastraszonej żony. Jednak się zjawił i doprowadził sztukę do naturalnego końca.
W trakcie całego spektaklu nie mogłam pozbyć się uczucia lekkiego rozdrażnienia – dlaczego pokazywano nam tę banalną historię o przemocy rodzinnej i klasycznym trójkącie Karpmana z podręcznika psychologii? Przecież i tak już od początku jednoznacznie było widać, że nieszczęsna kobieta nie jest już w pełni normalna, żaden chętny do pomocy człowiek z najlepszymi pomysłami nie jest w stanie jej pomóc, i że w ogóle cała trójka potrzebuje pomocy specjalistycznej aż do ewentualnego wtrącenia się policji w sprawy tej rodziny. Dopiero kilka dni później nagle zrozumiałam, że sytuacja, której byłam świadkiem – to tylko świetna gra aktorska. Nie oglądałam za pomocą ukrytej kamery reality show z życia prawdziwej rodziny, tylko oglądałam sztukę, w której grały osoby znane mi osobiście. Te osoby są absolutnie i całkowicie inne, zupełnie nie takie, jakie były na scenie. To przedstawienie wspaniale wyeksponowało ich talent aktorski, jak również talent reżyserski Xeni Torskiej.
Później, już po spektaklu, w rozmowie z kolegami usłyszałam opinię, że przewagą teatru nad kinem jest żywy, bezpośredni kontakt widowni z aktorami na scenie, oraz to, że – w odróżnieniu od projekcji kinowej – ta sama sztuka za każdym razem jest inna, ponieważ aktorzy grają w inny sposób. Ta uwaga też mi się przypomina, gdy wracam myślą do przedstawienia teatru Słubice Wschodnie.
Odpowiedz
# Ja & CekaemistaArek 2016-09-08 08:12
Zaczął się nowy sezon, wszyscy powoli wracają do ciężkiej pracy - studenci na uczelnie. I tak mnie naszło na wspomnienia o spektaklu "Ja & cekaemista" w reżyserii Xeni Torskiej.
To był naprawdę dobry spektakl, nie będę wchodził w szczegóły pojedynczych ról bo prowadząc swoich aktorów, Xenia stworzyła z nich zespół ( a że to amatorzy - bez urazy - jednym wychodzi lepiej innym gorzej). Poza tym minimalizm scenograficzny - który ja bardzo lubię - został bardzo dobrze wykorzystany, co podbijało atmosferę, współgrało z tekstem (na marginesie fantastyczny dramat) i nie odwracało uwagi od aktorów. Mam tylko jedno zastrzeżenie - scena w której po kolei bohaterowie wstają i mówią monologi - manifesty antywojenne. Zupełnie to niepotrzebne, przecież cały tekst to manifest antywojenny, a ta scena na tle reszty spektaklu to taki szkolny apel, masło maślane i jedna kropka nad "i" za dużo. Mimo tej sceny należą się wszystkim wielkie gratulacje i trzymam kciuki za nowe produkcje.
Pozdrawiam
Odpowiedz
# Wyspaniały projekt z imponującym rozwojemStefan 2016-07-25 16:45
Prawie nie można wierzyć, co reżyser udała w takim krótkim czasie po założeniu tego teatralnego projektu. Ona dotarła do granicy słowiańskiego obszaru językowego i zaraz wystawiała rosyjskie sztuki po polsku z aktorami z zagranicy. Razem z Collegium Polonicum Teatr Słubice Wschodnie daje tym peryferiom trochę z tej nadziei, którą powinny były mieć w środku Europy na granicy między Polską i Niemcami. Tam kierunki świata zostają pomieszone w tym sposobie, że granice w ogólę znikają. Znaczy, ten teatr jest więcej niż tylko językiem, w którym aktorze grają. Przed międzynarodową publicznością przetłumaczone na różne języki przesłanie sztuk pokaza się we wyrazach aktórow jak ludzi z Europy, jak ludzi z tego świata. Sztuka nie wolno mieć granicy i to pokazacie wy ze silnym wrażeniem. Jestem bardzo wdzięczny, że mogę współpracować z wami!
Odpowiedz
# Wspomnienie "Cekaemisty"Filip Faliński 2016-07-07 12:44
Minął miesiąc od kiedy miałem zaszczyt oglądać ostatnie wystawienie spektaklu "Ja i Cekaemista". Jako zupełny teatralny laik, nie pokuszę się o pogłębioną analizę, ale mogę pozostawić choć parę słów uznania.

Największe wrażenie robiły na mnie fragmenty, w których gasły światła, a na scenie pojawiał się jedynie Grisza z latarką. Nie miałem wówczas skojarzeń wojennych - bardziej wiązałem to z atakiem terrorystycznym, na przykład takim jak atak w moskiewskim teatrze na Dubrowce. Myślę, że to nie jest zupełnie bezsensowne skojarzenie - w końcu wojna to nie tylko okopy i bitwa czołgów.

Całość była bardzo interesująca i niech żałują ci, którzy "Cekaemisty" nie zdążyli obejrzeć.

Do poprawki? Najwyżej niektóre kwestie wypowiadane ciszej/bardziej chaotycznie. Paru fragmentów nie było słychać, co jednak - na szczęście - nie przeszkodziło w pozytywnym odbiorze spektaklu.

Mam nadzieję, że również "Gupika" będzie mi dane obejrzeć :)
Odpowiedz
# RE: Wspomnienie "Cekaemisty"Aga Zgrzywa 2016-07-08 08:47
Na poprawkę nie będzie już szans, niestety, bo to był przecież ostatni Cekaemista. Ale może tekst zabrzmi z jakiejś innej polskiej sceny, mam nadzieję.
Odpowiedz
# Podsumowanie sezonuAga Zgrzywa 2016-07-03 09:43
Drogie Słubice Wschodnie!

Bardzo Wam dziękuję za kolejny sezon, który właśnie zakończyliśmy. Był niezmiernie udany: przy naszych licznych innych obowiązkach, studiach i pracy, udało nam się w tym czasie grać dwa przedstawienia, zaliczyć cztery festiwale (Warszawa, PL-DE Scena Letnia, Unithea i MOST) oraz zdobyć nagrodę dla reżysera. Nikt o tym nie wie lepiej niż Wy sami, jak ciężko pracowaliście i że w dodatku zdarzyło nam się po drodze wiele trudnych momentów, dlatego tym bardziej Wam dziękuję za dzielność. Dziękuję też Wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób w tym sezonie przyczynili się do realizacji zamierzeń Teatru Słubice Wschodnie.

Ostatni Cekaemista, grany w Theater des Lachens 8.06.2016 r., był po prostu znakomity. Graliście z taką pasją i energią, jakiej nie widziałam u Was nigdy przedtem, a słowa, które padały ze sceny, miały jeszcze większą moc niż wtedy, gdy zaskakiwaliście nimi publiczność na premierze 19.06.2015. Ta sztuka, pod bystrym okiem Xeni, bardzo dojrzała. Świetna była na przykład przedostatnia scena – po szeregu scen osobnych, cyklu krótkich monodramów – gdy bohaterowie, żołnierz i bandyta, wchodzą ze sobą w pierwszą i ostatnią w całej sztuce interakcję. To jest tylko spojrzenie na siebie nawzajem, kilka sekund, ale bardzo znaczących.

Możecie sobie wyobrazić, co czułam, gdy się okazało, że obydwie kamery, obecne w teatrze, zawiodły. Widocznie to, co najpiękniejsze w życiu, zawsze musi być ulotne.

Gupik okazał się sztuką o zupełnie innym charakterze – składa się wyłącznie z interakcji. Docenia się w nim świetną obsadę, dynamiczną grę aktorów, pełną inwencji reżyserię, bardzo dobry tekst Sigariewa i – choć to zabrzmi paradoksalnie – profesjonalizm całego naszego amatorskiego teatru. Obecna na Gupiku publiczność śledziła akcję z zapartym tchem, półtorej godziny minęło jak mrugnięcie okiem, ludzie się śmiali, ktoś się popłakał (bo to okrutna sztuka, tak!), ktoś chwytał kogoś za rękę w najbardziej wzruszających momentach, a potem wielu pytało, kiedy zagramy to raz jeszcze… Czego można chcieć więcej?

I jeszcze tylko dodam, że jeśli Xenia Torska mówi, że reżyserowana przez nią sztuka będzie wyłącznie obyczajowa, „o relacjach” i że nie będzie tam żadnych akcentów politycznych czy aktualnych diagnoz społecznych – nie należy jej wierzyć. Nawiązuję tu do pewnego czytelnego symbolu, którego obecność podczas sztuki nasyciła słowa bohatera jeszcze jednym, przejmującym sensem.
Odpowiedz
# RE: Podsumowanie sezonuXenia 2016-07-07 10:50
Dziękuję Pani również za "pracę techniczną" oraz za wsparcie w ciężkich chwilach życia teatru i prywatnego.
Chciałabym tylko dodać, że pomimo wszystkiego wyżej wymienionego zrobiliśmy także performans na otwarcie rosyjsko-białoruskiej wystawy w Berlinie w lutym, więc jesteśmy jeszcze bardziej zuchy) :-)
Odpowiedz
# Po przedstawieniu w SMOK-u 10.12.2016Włodimierz Preyss, reżyser filmowy 2016-03-14 12:59
Dobrze jest sięgać do martyrologii społecznej i jednostkowej, bo rozmiarów cierpienia dzieci wojny nigdy nie da się ogarnąć, a skutki opłakują pokolenia.
Chciałbym jednak skupić uwagę na tym, co w tym przedstawieniu nie pozwala dobrze, a więc literalnie rozeznać, co dramaturg i reżyser komunikują ze sceny. Zawsze musi być słychać, co mówią aktorzy, a tak nie jest. Tekst nie zawsze pokonuje rampę sceniczną – chłopaki i dziewczyny , głośniej, proszę! Wiem, że by impostacji głosu i warsztatów związanego z aparatem wymowy nie jest to proste. Trzeba jednak z tym coś zrobić. Jest technologia. Myli się Kant twierdząc, że dobra lub zła artykulacja słowa jest jedynie funkcją mózgu. Nie demolujcie ciężkiej roboty, jaka za Wami. Czapki z głów za entuzjazm i temperament sceniczny. (…)
Pięknie gospodarujecie Państwo uniwersyteckim czasem przeznaczonym na naukę języka polskiego. Czuję się zaszczycony – wszak to mój język ojczysty. Rozumiem pacyfistyczny background ideowy, ale polski język ulicy, zaciągnięty do pługa z kultury amerykańskiego kina, które świetnie sobie z tym radzi, tu ślepo naśladowany, wcale nie podnosi rangi przesłania. Jest raczej obscenicznym aktem, który nie nadaje obyczajności idei, co pewnie jest zamierzone. Owszem, kaleczy ideę i po prostu zawstydza nas – widza. Po co k--a tak się buzujecie… Uff! I jeszcze jedno spostrzeżenie – niezależnie od atrakcyjności scenograficznej rekwizyt to partner dla aktora. Trzeba przedmiot ożywić, nadać tożsamości i znaczenia obiektywnie zrozumiałe. Jak nie wiadomo, czemu służy, to pozostaje forma, pustka formalna. A ta, choć w tym przedstawieniu całkiem oryginalna, nie jest partnerem scenicznym dzielnych bohaterów. Oni się z tym męczą, choć ostro się napracowali, aby dać radę osobliwej koabitacji. (…) Kryterium jakości zdarzenia teatralnego odnoszące się do off theatre albo teatru studenckiego odnoszące się do off theatre albo teatru studenckiego jest mniej dostrzegalne i ważne, a nawet budzi respekt! Pomyślcie o wizualizacji Waszej roboty.
Odpowiedz
# Potrzebne i znacząceAgnieszka Zgrzywa 2016-04-09 13:30
Szanowny Panie,
w imieniu teamu Słubic Wschodnich dziękuję za wszelkie uwagi. Zgadzam się z koniecznością poprawy emisji głosu aktorów, ale niedogodność w tej dziedzinie wynikała być może z niedostatecznego rozpoznania nowej przestrzeni scenicznej, w której oni musieli się odnaleźć. Po pochwałach na temat roli naszego teatru w nauce języka polskiego (przyjmuję, przyjmuję!), gorzka pigułka, której nie zamierzam jednak wcale przełknąć: jak to – z kultury amerykańskiego kina są te przekleństwa? Po pierwsze: tłumaczyliśmy dramat bardzo wiernie – z rosyjskiego – więc nie ma w tekście niczego, czego nie życzyłby sobie autor, niczego nie dodaliśmy. Po drugie: Amerykanie są nieporównanie bardziej ubodzy w dziedzinie przekleństw niż Rosjanie. W porównaniu z mizerią tych kilku (trzech, czterech - ?) słów, które Amerykanie wykorzystują w swoich filmach (klasyka to chyba Pulp Fiction, ostatnio godny uwagi w tej dziedzinie Wilk z Wall Street - dziękuję Nikicie za tę podpowiedź), można by rzec, że Rosjanie wykreowali po prostu całe językowe krainy wyrafinowanego przeklinania, z wielobarwnością sufiksów i mozaikami prefiksów, ze stopniami emocji od subtelności po brutalność, z ostrością i półmrokiem sensów. Ich przekleństwa są – jak mnie przekonują sami użytkownicy języka – tak skomplikowane i radośnie odkrywcze, że przy próbie ich przekładu bankrutuje podobno każdy inny język, łącznie z językiem polskim, którego przecież nie można posądzić o brak skomplikowania i ubożyznę treści. Łatwo sprawdzić to twierdzenie: o ile każde polskie przekleństwo da się przetłumaczyć na rosyjski, o tyle nie każde rosyjskie przekleństwo znajdzie odpowiednik w języku polskim. Xenia Torska i Nikita Kamenev mówili o tych zagadnieniach bardzo ciekawie na konferencji naukowej Przekład i pogranicza II, analizując wybrane problemy przekładu sztuki Kławdijewa na język polski i niemiecki. A czy przekleństwa są w tej sztuce potrzebne? Bandyta, który nie przeklina… hm. A żołnierz nieprzeklinający… Zobaczyć taką osobliwość można chyba tylko w filmie Czterej pancerni i pies.
Nie uważam też, by aktorzy w sztuce Ja & cekaemista męczyli się z rekwizytami. Scena, w której dziewczyny dźwigają ciężar desek na swoich plecach, potem wychodzą z trudem zza barykady krzeseł, ma uzmysłowić odbiorcy, jak wielki wysiłek muszą podjąć ludzie w czasie działań, do których nie zostali fizycznie ani psychicznie przygotowani. Wielkie krzesła, których projekt jest oryginalnym pomysłem Xeni Torskiej, grają tu znakomicie, są uniwersalną dekoracją, której symbolika nie jest trudna do odczytania. W pewnym momencie służą za kryjówkę bohaterom i dobrze, jeśli ta scena budzi u widzów strach – czy ciężar desek nie będzie dla dziewczyn nie do wytrzymania? Czy oparcia nie spadną na drobne bohaterki? W czasie trwania przedstawienia zmienia się rola tego rekwizytu: krzesła są miastem w tle, okopami, murem zza której odbywa się atak, barykadą, ruinami domów, drzwiami auta, cmentarzem… Są także czymś na kształt passe-partout, wykreowanego dla każdego z bohaterów osobno, by podkreślić jego odrębność, znaczenie, istotność. Oszczędność rekwizytów jest w tym przedstawieniu niezwykle ważna; jest ich niewiele, zatem więcej znaczą. Porusza mnie bardzo scena z gazetami – układ choreograficzny, bez słów, z narastającym stopniowo rytmem, który podkreśla osobność i zarazem współistnienie postaci – jest kapitalną metaforą odbioru informacji i niewiarygodności relacji podawanych przez media. Ktoś jest tymi informacjami wstrząśnięty, ogłuszony, ktoś zagniewany, ktoś stara się czytać uważnie, a ktoś nie może się skupić na tekście, nie może uwierzyć w to, co czyta, biega szukając potwierdzenia u innych, zagląda im przez ramię… Scena ta koresponduje zresztą świetnie z fragmentem monologu, gdy młody bandyta mówi o swoim dziadku „On tylko gazet nigdy nie czytał. W ogóle nie mógł na nie patrzeć.” Z gazet zrobione są też pociski, które spadają na żołnierza w okopach. Nie chcę wyliczać dalej, bo pozbawiłabym widzów możliwości samodzielnej rekonstrukcji sensów, ale jest rzeczą jasną, że nie tylko aktorzy w tej sztuce grają. Żaden z elementów złożonych na to przedstawienie nie jest więc przypadkowy. One łączą się ze sobą, współgrają, te same motywy, rozmieszczone tu i tam, powracają nieprzypadkowo, lecz jako efekt przemyśleń reżysera, by pogłębiać symbolikę tej poruszającej sztuki.
Agnieszka Zgrzywa
Odpowiedz
# Przekraczanie granic. Po przedstawieniu "Ja & cekaemista" w SMOK-uDmitri Loujinski 2016-03-07 10:59
Niezwykle ważne, a zarazem głębokie jest przesłanie sztuki Kławdijewa, które zasadniczo zmienia kierunkowskaz na krainę szczęścia w krajobrazie życia każdego człowieka. Mianowicie szczęście jest osiągalne nie poprzez zwalczanie bliźniego, lecz drogą zwalczania własnych słabości i niedoskonałości. Być może jest to nieco banalne przesłanie, z pewnością wydaje się takie dla owych mas społecznych, które czczą niedzielę jako święto, niemniej jednak nabiera ono dużą wagę w obecnych czasach, w których często uwaga człowieka koncentruje się na czczeniu siebie i dogadzaniu sobie, a więc ważne jest nie zwalczanie, a pielęgnacja własnych słabości i niedoskonałości. Jeżeli widz, podnosząc się, z wygodnego – co warte podkreślenia – fotela słubickiego kina, które na ten jeden wieczór zmieniło się w teatr, jest chociaż trochę poruszony oznacza to, iż wysiłek i entuzjazm Słubic Wschodnich, włożony w realizację tego wydarzenia teatralnego, nie poszły na marne. (…)
Pani Torska suwerenną decyzją reżyserską przeniosła na scenę brutalność zawartą w oryginale monodramu Kławdijewa. Czy warto było? Niekoniecznie. A co, gdyby monolog współczesnego ziomala odbywał się na tle szumu wiatru – w końcu bohater ukazany jest na tle przyrody – a w chwili, gdy padają wyrazy nieco mocniejsze od wyznania miłości, ten wiatr stawałby się głośniejszy? Publiczność by się domyśliła treści słów, a jednocześnie normy estetyczne nie zostałyby nadwyrężone.
A właśnie, ziomal… zresztą bardzo dobrze zagrany – zważywszy na to, że omawiane tutaj wydarzenie teatralne zostało przygotowane przez studentów i oparte jest przede wszystkim na ich entuzjazmie… Za dobrą grę pochwalić należy zresztą wszystkich aktorów. Wracając jednak do ziomala: jak na ziomala jest on odrobinę za wykształcony – a gdzie są dresy, łańcuch, sweter i czapeczka? Zauważyć tu należy brak konsekwencji w wizji reżysera, podobnie zresztą dzieje się przy dwóch innych postaciach telewizyjnych, przywołanych przez panią reżyser. Pierwszą z nich jest prowadzący sensacyjne newsy Gleb Pjanych, a drugą autorka magazynu o zdrowiu Jelena Małyszewa. Postacie te mniej są znane polskiej publiczności, a jeżeli zostały wprowadzone do sztuki, to powinno to być przeprowadzone konsekwentnie – z oryginalną oprawą dźwiękową tych programów. Tak, aby polski widz przynajmniej później miał okazję skumać czaczę. (…)
Wystawiając sztukę Kławdijewa kierunek filologia polska jako obca kolejny raz przekroczył granice swojej działalności. Godne podziwu są entuzjazm i zapał, które to przedsięwzięcie popychały do przodu.
(tekst po ingerencji redaktorskiej SW)
Odpowiedz
# O wulgaryzmach, o autentycznościNikita Kamenev 2016-04-09 13:34
Dmitrii, chciałbym podziękować Ci w imieniu całego zespołu Słubice Wschodnie za trafną uwagę zawartą na początku Twojej wypowiedzi, ale z jedną rzeczą się nie zgadzam, a mianowicie z Twoim stwierdzeniem o nadwyrężeniu norm estetycznych. Pozwolę sobie zadać parę pytań: czy w ogóle istnieje coś takiego jak normy estetyczne w dobie sztuki nowoczesnej? Czy nie można byłoby spojrzeć na użycie tego typu wyrazów w sztuce z innego punktu widzenia? Wypowiedzi wulgarne w tej sztuce nie są dlatego, żeby sobie były, to jest pewien chwyt literacki, z którym sobie świetnie radzi Kławdijew. One nie są po to, żeby epatować widzów, lecz po to, żeby umożliwić im rozumienie całego spektrum ekspresji, wrażeń, uczuć głównego bohatera oraz pokazać rzeczywistość czasu, w którym się toczy akcja. Należy jeszcze zauważyć, że oryginał rosyjski, który czytałeś i znasz, jest o wiele mocniejszy niż nasze tłumaczenie. Przecież to jest autentyczne, żołnierz w okopie nie mówi pięknym językiem, kiedy obok niego wybucha bomba. Ziomal, nawet wykształcony, nie będzie opowiadał o porachunkach stylem wysokim. Język, którym Kławdijew napisał swoją sztukę, jest autentyczny.
Jeszcze z jedną rzeczą się nie zgadzam, że jak napisałeś, ziomal jest trochę zbyt wykształcony. To prawda, on jest taki, ale dzięki temu mogła się odbyć ta transformacja bohatera, o której wspomniałeś na początku Twojego tekstu; to dzięki refleksjom bohatera cała akcja zmierza do logicznego zakończenia. Jednak na premierze główny bohater wyglądał znaczniej wiarygodniej, ponieważ miał pogniecioną koszulę i trzydniowy zarost. W SMOK-u niestety tego nie było, bohater wyglądał porządniej, miał dłuższą brodę, więc pozwolę sobie z Tobą się zgodzić. Postać główna wyglądała prawie nieautentycznie, jeśli nie powiedzieć, że wcale, lecz oprócz wyglądu postaci mamy jeszcze słowa, gesty, opowieść – to wszystko buduje jej wiarygodność.
Odpowiedz
# Fragment recenzji z premiery sztuki "Ja & cekaemista"Natalia Podruczny 2016-03-07 10:49
Spójna całość trzymająca w napięciu od pierwszych słów. Trudno było uwierzyć, że aktorzy zebrali się przypadkowo i byli amatorami. Podobnie jak trudno było przyjąć do wiadomości fakt, że porozumiewanie się po polsku to dla nich umiejętność bardzo niedawno zdobyta. Tę ich bezczelną i zupełnie nieuzasadnioną swobodę na scenie usprawiedliwiał chyba tylko fakt, że Xenia Torska, reżyserka, nie jest debiutantką. Jednak przecież najbardziej utalentowany i utytułowany reżyser to nie wszystko. Niewątpliwie aktorzy Teatru Słubice Wschodnie mają tę iskrę, która pozwala uwierzyć, że na scenie mają coś ważnego do zrobienia. Czy wszyscy? Chyba rzeczywiście wszyscy. Oni naprawdę stanowili zespół. Trudno było wyodrębnić na scenie lidera, każdy z nich miał chwilę, kiedy przykuwał uwagę publiczności bardziej od pozostałych. Tu wielkie uznanie dla reżyserki. Osiągnięcie tego rodzaju równowagi w grupie amatorów to wyczyn. Ta zgodność była wyczuwalna w wypowiadanych kwestiach, w dopracowanym, czasem wręcz hipnotycznym ruchu scenicznym. Tyle jeśli chodzi o aktorów. Ale cała reszta też była dograna w najmniejszym detalu. Oszczędna, ale wymowna gra świateł, dźwięki, które dopełniały całości czasem dyskretnie a czasem bardzo wyraziście i przejmująco. Minimalistyczna scenografia – wielofunkcyjne krzesła, które sprytnie kształtowały przestrzeń. Wszystko to działało w harmonii i dopełniało się nawzajem.
Całość tekstu:
Zobacz
http://fpjo.info/2015/10/powstanie-teatru-slubice-wschodnie/
Odpowiedz
2018  Słubice Wschodnie  globbers joomla templates